pieszo przez góry

26/12/2002, 03:57

Nygus:

Niedziela 15 grudnia ( Bull Bay - Yallahs ) do piątku 20 grudnia ( Blue Mountains & Kingston )

Z obozu rasta chcieliśmy jechać w góry, ale tym razem byliśmy bez rowerów wiec najkrótsza droga jaka z Bull Bay wiedzie do Cedar Valley, u stop Blue Mountains okazała się dla nas niedostępna. Jak nam powiedziano większość pojazdów jakimi możemy się zabrać jedzie przez Morant Bay, gdzie pojechaliśmy po drodze spędzając jedna noc u naszego znajomego Niemca w Yallahs. W Cedar Valley okazało się, nie po raz pierwszy ze szlaki oznaczone na oficjalnych turystycznych mapach Jamajki są wielka ściema, musieliśmy wiec wędrować przez góry do innej wioski, z której zaczynał się właściwy szlak do Blue Mountain Peak ( ponad 2200 metrów ). Na początku wędrowaliśmy sobie podpierając się bambusowymi kijami, potem jechaliśmy na pace Land Rovera, ścieżką którą niektórym pieszym byłoby trudno się wspinać, a naszemu rasta kierowcy nie sprawiała większego problemu. Podwiózł nas zapewne licząc ze będziemy nocować w jego schronisku, ale oczywiście nie wiedział ze natrafił na Polaczkow dla których pułap cenowy 15 dolców za prycze w schronisku jest równie nieosiągalny co pokój w Hiltonie. Bez żadnego problemu zbiliśmy cenę 1000 jayow za rozbicie dwóch namiotów przy domku innego rasta Jah B do 300 jayow, co bardzo zdziwiło nocujących tam Finów, pokornie płacących każda cenę jaka im się powie.

No, ale oni nie podróżują z naszym tradycyjnym biurem podróży Punk Travel ( oferujemy nielegalne noclegi na szczycie pomników narodowych, w plantacjach bananowców, ogniska w rezerwatach , jedzenie z wystawki na targu w Kingston, sępienie od handlarzy z getta, autostop na pick upach razem z parobkami plantacji trzciny cukrowej, pyszna wodę deszczowa do picia I prysznice w wodospadach).

Góry Niebieskie są piękne, każde góry są zresztą na swój sposób wspaniale, ale góry w tropikalnym kraju maja w sobie cos niezwykłego. Z upału czasem nie do wytrzymania wchodzisz w świat przyjemnego wietrzyku, temperatur dla nas całkiem przyjemnych a dla Jamajczyków przenikliwie zimnych. Mnóstwo rzek w których kąpią się nagie dzieci, kobiety z całych wiosek piorą ciuchy a starzy rastamani myją dreadlocki. Dużo wspaniałych owoców, dużo słodszych niż gdzie indziej pomarańczy, grejpfrutów, bananów, guavy. Wszędzie plantacje kawy I czasem świątecznych drzewek ( tak nazywa się tu zarówno choinkę jak I ganję ). Ludzie są bardzo mili, życzą miłego dnia, stare babcie śmieją się bezzębnymi paszczami, każdy dziwi się ze idziemy piechota a nie jedziemy samochodem terenowym jak wszyscy turyści. ( Nie mamy tez oczywiście przewodnika ani nawet mapy, kto by tam wydawał 5 dolców na kawałek papieru, mamy za to doskonale bambusowe kije, puszki sardynek I dużo ohydnej buły z imbirem jedzonej tutaj z równie paskudnym sztucznym serem z puszki. ). Spotykamy ludzi zabijających czas bardzo ciekawa rozrywka, palących olej w jednym końcu grubej bambusowej rury I czekających aż z drugiej strony wydobędzie się głośne buczenie niczym z didjeridoo. Ich czerwone oczy tłumaczą dlaczego takie zajęcie wydaje im się bardzo zajmujące.

Przede wszystkim jednak zachwyca roślinność, nawet w najwyższych piętrach gdzie aż do samego szczytu rozpościera się elfowy las jest to cos zupełnie innego od tego co spotykamy w górach strefy umiarkowanej. Gdzieś w połowie drogi na szczyt, kiedy kończą się bambusy I pola kawy, rozpoczyna się las paproci drzewiastych, takich jakie rosnąć mogły jeszcze przed narodzeniem ludzkości. W ciągu dnia panuje przenikliwa cisza, dziwna dla ucha przyzwyczajonego przez ostatnie tygodnie do buczenia ogromnych basowych głośników. W nocy w karłowatym elfowym lesie, pełnym drzew spotykanych tylko w tym miejscu na ziemi pełno jest życia, chmary świetlików I głośnych świerszczy.

Na samym szczycie jest stary, nieco zniszczony dom w środku którego rozbiliśmy namiot I próbowaliśmy rozpalić ogień. Ostatecznie ognisko zapłonęło obok domu, choć jest to niedozwolone, bo to jedyny sposób żeby przeczekać zimna noc na 2200 m w jednej cienkiej bluzie.

Zachód słońca jest czymś niesamowitym, widać oba brzegi Jamajki , północny I południowy, poprzez chmury poniżej szczytu, najbliżej jednak położone jest Kingston, migoczące tysiącami światełek. Wieje dziwny wiatr, nie rozwiewający wcale dymu z ogniska, który utrzymuje się tuz nad nami przez cala noc niczym mała chmurka. Jest mnóstwo roślinności, ale naturalnie żadnego strumyka wiec ręce brudne od sadzy myjemy w trawie. W ognisku gotuje się importowana fasolka w puszkach po 5 zł. Absolutny spokój, tym bardziej ze żaden z kingstonskich gangsterów zajętych gdzieś tam poniżej wciąganiem koki nie będzie się tutaj wspinał, podobnie jak żaden z handlarzy, naciągaczy, żebraków. Wszystko to zostało na dole, ideologia, muzyka, problemy, czasem naprawdę poważne problemy Jamajczyków, które jednak tutaj I w tej chwili nas nie obchodzą I od których mamy wakacje. Ostatnich cwaniaków zostawiliśmy w zagrodzie Jah B na szlaku, gdzie nachalni przewodnicy usiłowali zniechęcić nas od samotnej wyprawy w gore, najpierw twierdząc ze się zgubimy ( szlak jest pełen wielkich tablic mówiących o kierunku I opłacie za użytkowanie, Punk Travel jest naturalnie z niej zwolnione ) , potem mówiąc ze grasują wokół niebezpieczne zwierzęta ( największe jakie widzieliśmy to kolibry), wreszcie kłamiąc ze samotna wyprawa jest zabroniona przez regulamin Parku narodowego.

Szczyt jednak to świetne miejsce żeby od tego wszystkiego odpocząć i zbierać siły na dalsze imprezowanie na dole.

Schodzimy z gór bardzo powoli, to zatrzymuje nas deszcz, to wspaniała dolina z wodospadem, pełna tropikalnej roślinności, potem Mavis Bank, przyjemna miejscowość na drodze w dół do Kingston, gdzie pijemy kawkę I słuchamy Jacoba Millera śpiewającego z radyjka świąteczne piosenki. Długie kąpiele w zimnych górskich rzekach, kolejny nocleg na szczycie wzgórza ponad miastem. Potem długa jazda w dół na pace japońskiej ciężarówki I lądujemy w Papine - na przedmieściach Kingston. Jest piątek, dzień rozpoczęcia słynnego świątecznego jarmarku w parku wokół Devon House. Już po południu siedzimy w zupełnie innym świecie, pozostawionych przez angielskich plantatorów białych rezydencji I przystrzyżonych trawników.